poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Podziękujmy za osiągnięcia ludzkości: Facebooka i Instagrama

Jestem młodą studentką języka obcego, dzięki czemu dorobienie sobie na boku na korepetycjach nie powinno być trudne. Jakieś dziecko z szóstej klasy podstawówki, bo polski nie jest jedynym językiem, który trzeba znać. Albo maturzysta, który sobie przypomniał, że zaraz egzamin, ale tak naprawdę obydwoje wiemy, że z jego poziomem to tylko sierpień. These are a few of my favourite things. Jednakże znalezienie kogokolwiek na zajęcia czasami sprawia problem. Fenomenem był chłopak, który próbował zbić cenę do 15 złotych. Zaczęłam kwestionować wycenę swoich usług, jednak po opowiedzeniu tego K. przez 10 sekund słyszałam w słuchawce głupkowaty śmiech. Więc jestem warta więcej niż 15 złotych. Pot z czoła otarto. 

Zmierzając jednak do sedna, do tego co mnie poruszyło najbardziej w tym wszystkim, to że brak odzewu nie jest najgorszy. Bo jest gorzej. Oczywiście, że jest gorzej, bo to jest prawdziwe życie, a nie takie ładne z instagrama, gdzie są tylko sałatki i tarty szpinakowe, i fakt, że każdy po pijaku wpierdala hotdogi ze stacji benzynowej albo kebaby jest ignorowany. Chodzi o to, że większość odzewu generują panowie. "Chcesz iść ze mną na kawę?", "Może sesja zdjęciowa?", "Mam czarne BMW". To większość wiadomości, jakie otrzymuję po takim ogłoszeniu. I tak się zastanawiam, jak bardzo trzeba myśleć penisem żeby napisać coś takiego. Tam nie ma mojego zdjęcia, nie ma mojego maila, nie ma sposobu, żeby połączyć to z moją osobą. Po prostu napisałam, że jestem studentką. Ja przecież nie jestem romantyczką. Ale trochę mi ta rzeczywistość się nie podoba. Ale najgorszość jest taka, że jak nie uzyskam nawet takie odzewu, to czuję, że coś jest nie tak. O tempora, o mores. Malutkie napastowanie(napastowanko?) przez maile i telefon jest dla mnie wyznacznikiem normalności. A mieliśmy w XI wieku mieć kolonie na innych planetach. 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Udaję, że piątkowe wyjścia stymulują rozmyślania

Long story short, w piątek byłam na imprezie. Poszłyśmy do miejsca, w którym zawsze bywamy w piątki, do którego prowadzi nas tak zwany autopilot. Połowę studentów odprowadza on pod drzwi domu, nas jednak ciągnie na miasto, żeby rozkoszować się urokami życia studenckiego. W naszym zwykłym miejscu, jak zwykle jest miejsce dla nas. Zasiadamy z grupą dziewczyn przy dość dużym stoliku, którego połowa jest wolna, i dzięki temu co jakiś czas nasi sąsiedzi się zmieniają. Lubimy tam wracać, bo jest to taki malutki kawałek zagranicy w Polsce. Nie jest tam pięknie, jest za to niesamowicie luźno. Nikt na ciebie krzywo nie patrzy gdy rozmawiasz z obcymi ludźmi. Obsługa jest śmieszna i nawiązuje szybko kontakt z klientelą. Przy barze zawsze zamieniam kilka słów z najbliższym człowiekiem. Bo tam tak można. Dzięki temu zawiązało się tam już wiele znajomości. Koleżeńskich albo coś więcej niż koleżeńskich, nie ważne.

Rozmawiałam sobie chwilę z jakimiś chłopakami, którzy siedzieli niedaleko, bo tam tak można bez żadnych roszczeń, tylko dla zabawy, dla przyjemności poznawania nowych ludzi. I, niestety, później usłyszałam, że panowie są przekonani, że ich podrywamy. Świadczyć miał o tym fakt, że pijemy kusząco piwa przez słomki i dajemy się zabawić rozmową. Cytując moją wierną kompankę piątkowych wieczorów w tym przybytku "jakbym już zarywała do faceta, to na pewno nie do żadnego z nich".

I tak dumam nad tym, czym jest flirtowanie. A. twierdzi, że jako kobiety robimy to cały czas. Że każdy uśmiech jest odebrany jako zaloty. I tak trochę mi się to nie podoba. Bo jak uśmiecham się do pana w sklepie i dostaję zniżkę to znaczy, że to sobie wyflirtowałam? Ja się uśmiecham cały czas, do wszystkich, od zawsze. Musiałam jakiś czas temu przyciąć kartę do telefonu. Znalazłam punkt GSM, podchodzę do lady i przypomniało mi się, że w portfelu mam niecałe siedem złotych. Z uśmiechem pytam ile kosztuje przycięcie karty, aby w razie czego wyjść i znaleźć bankomat. Pan oduśmiechając się mówi, że jak dla mnie to za darmo. I było mi przez chwilę miło, ale do tej pory ciekawi mnie ta sytuacja. Za darmo, bo byłam miła i uprzejma? I tak dumam dalej nad tym, że picie piwa przez słomkę to gwarancja tego, że się nie zaleję, jak ktoś na mnie wpadnie. Nie staram się być w żadnej mierze kusząca, jestem po prostu świadoma, że pijany tłum, małe odległości pomiędzy stolikami i brak co najmniej połowy żarówek zwiększa prawdopodobieństwo zalania się. To czym właściwie jest to flirtowanie?

A dla wszystkich szukających czegoś plumkającego to ten pan plumka: